01 XII 2002

 

Młodzi muszą zobaczyć w Kościele nadzieję

Gościem “Rzeczypospolitej” z 4 listopada br. był dominikanin o. Wojciech Jędrzejewski. A oto co odpowiedział na postawione pytanie “Czy Kościół jest przygotowany na zmiany religijności, jakie zachodzą wśród młodzieży?”.

Kościół nie jest przygotowany na te zmiany. Ale nie dlatego, że nie ma opracowanego programu. Jako całość Kościół takich programów nawet mieć nie powinien, gdyż to każdy duchowny sam, dzień za dniem musi prowadzić pracę duszpasterską. Kościół nie jest przygotowany, gdyż za mało w nim pokory, a co się z tym wiąże – za mało nadziei. Jest w naszym Kościele głęboko tkwiąca skaza, która nakazuje oskarżać wszystko to, co na zewnątrz – kulturę, rządzących, jakieś wrogie siły. Koncentrujemy się na wrogu zewnętrznym, czyli tym, co sprawia, że nie mamy młodym niczego innego do powiedzenia poza oskarżeniem i ostrzeżeniem.

Poza mówieniem: wy tak nie żyjecie, a tak należałoby żyć.

Wrogiem wewnętrznym jest brak gorliwości w posługach duszpasterskich, niedelikatność spowiedzi, brak kultury w kontaktach z ludźmi w kancelarii parafialnej, brak szacunku dla kobiet, byle jak odprawiona msza święta, nieprzygotowane kazanie, samozadowolenie i buta. Większości młodych Kościół jawi się jak mentor z przytłaczającą liturgią. Chorobą polskiego Kościoła, która jest odrażająca dla młodych, jest stwarzanie pozorów, gdy tymczasem oni nie gorszą się słabością, ale zakłamaniem. Teologia moralna w oczach młodych ludzi nie jest ofertą nadziei, ale restrykcji. Żyjąc w świecie, który jest przesycony rozpaczą, młodzi nie wierzą, że można żyć tak jak mówi Kościół. Oni będą tę ofertę odrzucać dopóty, dopóki cała nauka Ewangelii, przykazania

nie będą przesycone nadzieją. Młodzież idzie tam, gdzie dostrzega nadzieję, niekoniecznie fajerwerki. Młodzi muszą zobaczyć ją w życiu tego, kto o niej mówi, w życiu tych, którzy identyfikują się jako chrześcijanie i katolicy. Kościół nadziei to jest również Kościół, w którym młodzi otrzymają wsparcie w swojej słabości. Bo młodzi czują się strasznie słabi. Relatywizm moralny jest ich zabezpieczeniem się przed przyznaniem się do lęku, że ja nie dam rady tak żyć, tak samo jak nie dali rady mój ojciec, matka, sąsiad. Kościół musi trafić do takiego zalęknionego, zranionego beznadzieją serca młodego człowieka, by wnieść nadzieję.

Jednak by to uczynić, sam musi się przemienić.

więcej patrz: www.rzeczpospolita.pl