7 X 2003

Dzień Nauczyciela

W związku ze zbliżającym się dniem Edukacji Narodowej (14 października) i wydarzeniami w szkołach, o których mówiły media, chcę przekazać kilka spostrzeżeń na temat wychowania naszych dzieci. Być może podobne sytuacje, jak ta w Toruniu, czy Opolu, dzieją się w naszych szkołach, a my o tym nie wiemy, nie widzimy.

Osoby na co dzień pracujące z młodzieżą widzą przyczyny jej agresywnego zachowania w dysfunkcyjnych rodzinach i szkołach nastawionych tylko na edukację, a zaniedbujących swoją wychowawczą rolę. Z uczniami należy rozmawiać, stawiać im wymagania i karać za chuligaństwo.

Podstawowym problemem jest poczucie bezkarności, jakie mają uczniowie. Nie chodzi o surowe kary, ale o zasadę. Ktoś, kto się nieodpowiednio zachowuje, musi być pewien, że poniesie karę, nie może liczyć, że nauczyciele czy rodzice przymkną na to oczy. 

Jeśli w szkołach jest zasada, że rada pedagogiczna może usunąć uczniów tylko po zasięgnięciu opinii samorządu uczniowskiego, to nauczyciele mają związane ręce na własne życzenie. Kiedy nauczyciel pobije ucznia, to słusznie grozi mu więzienie, kolegium, a kiedy uczeń pobije nauczyciela, przenoszony jest do innej szkoły, ale tak naprawdę nie jest karany. Uczniowie mają świadomość swojej bezkarności.

Za dużo mówi się w szkołach o podmiotowym traktowaniu ucznia, za dużo mu wolno, podkreślane są jego prawa, a stanowczo za mało obowiązki. Uczniowie mają zbyt wiele praw w stosunku do praw nauczycieli. Tolerancja poszła chyba w złym kierunku. Brak jest wychowania do poszanowania nauczyciela, w szkole brakuje dyscypliny. 

Należy w sensowny sposób ograniczyć prawa ucznia. Jakikolwiek przejaw złej postawy, chamstwa, ordynarnego zachowania, powinien być karany. Bo to narasta w młodym człowieku, który nie umie sobie postawić granic, kiedy ma 14-15 lat. Trzeba ich uczyć, że granica, którą mogą przekroczyć jest o wiele bliżej, niż im się wydaje.

Nauczyciel musi reagować na zachowanie uczniów, nie może biernie przyglądać się przebiegowi sytuacji, ale działania nauczyciela to dopiero pierwszy krok; za nią musi iść reakcja dyrekcji i rodziców. Dopiero ich wspólne działanie może zlikwidować czy przynajmniej zminimalizować szkolną agresję. Jednak właśnie o pełną współpracę rodziców ze szkołą jest najtrudniej. W sytuacjach konfliktowych i trudnych wychowawczo rodzice zazwyczaj stają po stronie dziecka, przeciwko nauczycielom.

Pokazanie w telewizji nagrania dręczenia nauczyciela mogło przynieść jeden dobry skutek: rodzice zobaczyli jak naprawdę zachowują się ich "wspaniałe" dzieci poza domem, kiedy nie widzi ich mama czy tata. To co zobaczyliśmy jest przejawem kryzysu szkoły i całego społeczeństwa, w środowisku nauczycielskim nie wypada przyznać się do tego, że ktoś nie daje sobie rady z młodzieżą, bo zamiast słów wsparcia i rady można usłyszeć: "No to zmień zawód...". Dyrektorzy coraz częściej zajmują się głównie finansami, są sprawnymi menedżerami, a to sprawia, że nauczyciele są pozostawieni samym sobie.

To, że rodzice bronią swoich dzieci nawet w przypadku ewidentnej winy ucznia, atakując przy tym nauczyciela, który obniżył ocenę ze sprawowania czy postawił złą notę, wywołuje większą agresję i arogancję młodzieży. Paradoksalnie rodzice wysyłają dziecko do szkoły w przekonaniu, że ona je wychowa. A szkoła ma wspierać rodziców w wychowywaniu, nie zastępować ich.

Postawa rodziców ważna jest nie tylko w szkole, również ich zainteresowanie dzieckiem w domu jest istotne. Rodzice nie mają czasu dla dzieci, nie interesują się nimi. Dziecko wychowuje się na podwórku, a coraz częściej przy komputerze, przy, nie ukrywajmy, brutalnych grach. To nie może pozostać bez skutku. Dla nastolatka nuda jest największą udręką.

Gdy w domu brakuje miłości ojca i matki, to dziecko bardzo szybko to zachowanie odbiera jako normę. Dorośli ciężko pracują, cały ich czas pochłania pogoń za pieniędzmi. W domu brakuje akceptacji, poczucia bezpieczeństwa i pozytywnych wzorców. Te problemy wywołują u dzieci agresję.

Współcześnie dorośli zbyt często boją się młodzieży. Musimy pozbyć się tego lęku, zacząć rozmawiać z młodymi, tylko rozmowa pozwala szczerze nazwać pewne problemy, słuchać ich, próbować zaakceptować, że oni inaczej postrzegają świat.

Sam proces wychowania wymaga czasu, codziennej, żmudnej pracy z młodzieżą, a my zbyt często odsuwamy młodzież jak najdalej od siebie, by odpocząć, bagatelizujemy jej problemy, spychamy na obrzeża naszego dorosłego życia. Wówczas młodzi zaczynają traktować dorosłych jak okupantów i przygotowują swoje rewolucje i powstania. 

Młody człowiek wymaga asystencji, obecności dorosłego, który go poprowadzi, pokaże świat. Po to są rodzice, nauczyciele i wychowawcy, żeby towarzyszyli dziecku w jego rozwoju.

na podst. KAI